Szczęście dla każdego oznacza coś innego. Niektórzy są szczęśliwi, bo są kochani. Inni z kolei cieszą się, że w ogóle żyją. Ale są też ci, którzy codzienne o to szczęście walczą.

Czy można komuś je odebrać? To prostsze, niż nam się, kurde, wydaje.

Wiedziesz spokojne życie. Praca, dzieciaki, mąż i rodzina. I chociaż to Twoje życie nie przypomina w ogóle komedii romantycznej, a Twój tok myślenia odbiega znacznie od tych, którzy na poradnikach pozytywnego myślenia zarabiają miliony, to jest ok. Uwierz mi, że jest ok.

Ale wyobraź sobie, że pewnego dnia w Twoim życiu pojawia się ona. Z początku czujesz ją w powietrzu – wiesz, że coś się zmieniło, ale jeszcze nie wiesz co. Doszukujesz się spisku wśród tych, którzy mieli Cię kochać całe życie. Ale nic nie znajdujesz. Zaczynasz obwiniać siebie: „Jestem jakaś brzydka, mało atrakcyjna. No i dawno nic mi się nie udało”.

Ale chcesz kochać i chcesz być kochana. Boisz się, ale ukrywasz wszystkie swoje wątpliwości. Ona zaczyna Cię prześladować. „Kim ona jest? Jak wkradła się do mojego życia, zostawiając pustkę w sypialni i echo w salonie? Dlaczego ktoś ją w ogóle wpuścił? A może to ja sama…”

– Niewdzięczna jesteś! – powtarzają ci, którym mówisz, że Ci czasami ciężko.

Mąż nie widzi problemu i mówi, że znowu sobie coś wymyśliłaś.

Zaczynasz obwiniać siebie jeszcze bardziej. Poczucie winy, strachu i te brudne myśli, które gdybyś zamieniła w czyn, to mogłoby Ci ulżyć. Ale Ci szkoda – jego, dzieci i swoich rodziców.

A ona już tu jest. Zrobiła sobie miejsce w Twoim życiu i przejęła umysł. Totalny brak kontroli. Kładziesz się spać, a ona wbija szpilki w Twoją głowę. Gdy już zmrużysz oczy, chociaż na dziesięć minut, to ona wybudza Cię i szepcze: „Jestem silniejsza od Ciebie”.

Zalana potem budzisz męża i krzyczysz:

– Mam już dość! Proszę, zrób coś z nią! Dłużej tak nie mogę. Nie mam sił.
– Znowu coś sobie wymyśliłaś. Ja też mam dosyć tych Twoich humorków! Mam dosyć, rozumiesz?! Jeśli się nie weźmiesz w garść, to zabiorę dzieci i tyle nas zobaczysz.

Koło się zamyka. Ale ty nie jesteś częścią tego koła. Ty siedzisz w środku, zamknięta na cztery spusty. Ona siedzi z Tobą, ale to Twoi bliscy zamknęli Ci drogę ucieczki. Zostajesz sama z wygórowanymi problemami, nad którymi nie masz możliwości zapanować. Zostajesz sama ze swoim gniewem, przeszywającym smutkiem i poczuciem, że nic nie jesteś warta. I nawet jeśli teraz ktoś przez dziurkę tego koła zacząłby sypać złoto i diamenty – ty dalej będziesz czuła się jak gówno. Bezwartościowy śmieć, który nic nie może ulepszyć, poprawić i zmienić.

 – Może ona ma depresję? – słyszysz z oddali.

Dzień Dobry Depresjo.

– Na pewno nie. W tyłku jej się poprzewracało. Albo się ogarnie i zacznie żyć, albo to koniec! – głos kogoś, kto przyrzekał, że będzie z Tobą na dobre i na złe.

Czyli to nie depresja? Zepsułaś wszystko – myślisz. I nie masz wyjścia. Zaczynasz przeszkadzać. Przynosisz wstyd. Nie dość, że sama jesteś dla siebie ciężarem, to Twój ciężar odczuwają wszyscy. Bezwartościowy śmieć. Posypane brokatem wielkie nic. Uśmiech na zawołanie – nic więcej. Nic.

To zabawne, bo kiedy ktoś krwawi, to szybko się tę ranę tamuje, żeby nie doszło do wykrwawienia. A kiedy ktoś wpada w depresję lub po prostu ją ma – spotyka się z niezrozumieniem i brakiem pomocy. A przecież wszystkie rany krwawią – i te powstałe na ciele i te w psychice.

I każdy z nas może się wykrwawić.

Niech ona nie zabiera nas i naszych bliskich.

Miejmy oczy i serca szeroko otwarte.